czwartek, 20 sierpnia 2009

Arctic Monkeys - Humbug


RECENZJA



historii trochę...

Członkowie formacji Arctic Monkeys udowodnili już na samym początku kariery, że są szczerzy, zdeterminowani i naprawdę dobrzy w tym, co robią. Stali się znani nie dzięki kampanii reklamowej, silnej promocji w stacjach telewizyjnych i radiowych, czy lukratywnemu kontraktowi, a dzięki koncertom, ogromnej chęci dzielenia się muzyką i... portalowi społecznościowemu MySpace. Co prawda potem otrzymali bardzo mocne wsparcie medialne, jednak było to raczej wynikiem sukcesu, a nie jego przyczyną. Fakt faktem, debiutancki album "Arktycznych Małp" można bez cienia uznać za ogromny sukces, zarówno pod względem artystycznym, jak i finansowym. Radosne, nieskomplikowane utwory, napełnione olbrzymią dawką pozytywnej energii szybko trafiły na szczyty list przebojów, a muzycy grający w zespole właściwie z dnia na dzień, stali się gwiazdami światowego formatu.


Alex? Co? To samo!

Jak powszechnie wiadomo, największym wyzwaniem dla każdego nowego bandu, który odniósł sukces, jest wydanie drugiej płyty. Taki album może potwierdzić klasę artysty lub przeciwnie, podać ją w wątpliwość. W przypadku młodych Brytyjczyków było... pół na pół. "Favourite Worst Nightmare" sprzedał się, podobnie jak poprzednik, znakomicie. Z numerów nadal kipiał power, nadal wpadały w ucho, nadal nuciła je cała Wielka Brytania. Równocześnie nie widać było, niestety, żadnej progresji, zmiany stylu, czy innowacji. Wielu ludzi ( w tym ja ) zastanawiało się, czy Arctic Monkeys nie zaczynają powoli zjadać własnego ogona. Ogólnie jednak, wyszło na plus. Nawet jeśli przez wtórność zespół stracił garstkę fanów, to dzięki hitom, takim jak "Brianstorm", czy "Fluorescent Adolescent" zyskał ich o wiele więcej. Pod koniec wakacji zeszłego roku, zaczęto przebąkiwać coś o nowym longplayu "Małp". Lider grupy, Alex Turner zapowiadał zmianę stylu, mówił, że zespół wyraźnie dojrzał, że nowe kompozycje nie będą przypominały tych starych. Dużo osób uznało to za czcze gadanie - w końcu każdy artysta zachwala swoje dzieła, a zapowiadając kolejne, obiecuje cuda na kiju. Starałem się jednak być dobrej myśli.


Ladies and gentlemans... we got it!

Dziś, po roku czekania dorwałem wreszcie album w swoje ręce. Co mogę powiedzieć? Otóż "Humbug" ( bo taka nazwa została mu nadana ) rzeczywiście różni się od poprzednich wydawnictw Anglików. To, że słowa wokalisty nie były próżnymi przechwałkami, wiedziałem już po dziesięciu sekundach od włożenia CD do odtwarzacza. Riff otwierający płytę, naprawdę wpada w ucho, przy czym brzmi trochę bardziej klimatycznie i... ambitniej od motywów muzycznych, charakteryzujących poprzednie dokonania grupy. Niestety, jak szybko się okazało, tym razem "Małpy" przeholowały troszkę w drugą stronę. Wszystkie niemal numery utrzymane są w podobnej atmosferze i tempie, co sprawia, że nieco się ze sobą zlewają i momentami trudno jest znaleźć w nich charakterystyczne elementy. Mamy więc odejście od starych, wysłużonych schematów, ale jednocześnie zastąpienie ich nowymi, które pod koniec słuchania longplaya również wydają się być nad wyraz wyeksploatowane. Nie oznacza to oczywiście, że nowe dzieło Arctic Monkeys jest słabe. Przeciwnie, mamy tu parę mocnych punktów, które z pewnością zadowolą dotychczasowych wielbicieli twórczości grupy oraz przyciągną nowych. Żeby nie szukać daleko - singlowy "Crying Lightning" - świetnie charakteryzuje całą płytę. Mimo spokojnego klimatu brzmi naprawdę przebojowo i jest murowanym radiowym hitem. Świetnie prezentują się też "My Profeller" z riffem, o którym już wspominałem, utrzymane trochę w starym stylu "Pretty Visitors", czy nastrojowy "Cornerstone". Ogólnie zresztą na albumie nie znalazły się numery słabe, po prostu denerwujące jest troszkę przejście ze starej wtórności w nową. Rozkładając piosenki na czynniki pierwsze, znajdziemy jednak same pozytywne elementy. Wokal Alexa Turnera stał się jakby bardziej dojrzały, wyrafinowany. Widać, że pracował nad nim przez ostatnie lata ( lub po prostu wydoroślał ). Rozwinięte zostały też partie basu, które zarówno brzmieniowo jak i technicznie, prezentują się bardzo okazale. Gitary na "Humbug" mają charakterystyczne, brytyjskie brzmienie. Oprawiony jednak w odpowiednie akordy lekki crunch, zyskuje surowszy, pustynny nieco charakter. Współproducentem longplaya był zresztą Josh Homme z Queens Of The Stone Age, co naprawdę słychać.


Czyli jak w końcu?

"Humbug" to niewątpliwie udane dzieło. Kilka numerów ma szanse na to, by stać się przebojami, wszystkie natomiast reprezentują równy, wysoki poziom. Po raz kolejny pojawia się jednak problem małego zróżnicowania kompozycji. Wielbicielom na pewno spodoba się nowe, dojrzalsze, a nawet progresywne i psychodeliczne oblicze Arctic Monkeys. Pytanie brzmi tylko, na jak długo?


Artysta: Arctic Monkeys
Tytuł: "Humbug"
Data wydania: 19.08.2009
Gatunek: indie rock, rock alternatywny
czas trwania: 39:01
Utwory: My Propeller, Crying Lightning, Dangerous Animals, Secret Door, Potion Approaching, Fire and the Thud, Cornerstone, Dance Little Liar, Pretty Visitors, The Jeweller's Hands

Ocena:

/ 10





Warto posłuchać: My Propeller, Crying Lightning, Cornerstone, Pretty Visitors

niedziela, 2 sierpnia 2009

Only 'Bout Music

Witam na moim nowym blogu, tym razem poświęconym wyłącznie muzyce. Będę tu zamieszczał moje przemyślenia, recenzje i bieżące informacje.